Białe origami cz. 1

W prywatnej salce wietnamskiej restauracji pachniało jaśminem, imbirem i czymś jeszcze — zapachem napięcia, które nie miało nazwy. Białe ściany zdobione złotymi ornamentami były niemymi świadkami wielu rozmów, które oficjalnie nigdy się nie odbyły. Niemymi i jedynymi. Obsługa wiedziała, że cokolwiek dzieje się za ryżowymi ścianami, musi tam pozostać. Jaśminowej sali nie można było wynająć, nie istniała, więc nigdy nie odbyło się w niej żadne spotkanie, z którego cokolwiek mogłoby wyciec na zewnątrz.

A gdyby jednak ktokolwiek próbował…

Franczesko był pewien lojalności obsługi, dlatego tak bardzo lubił ten lokal.

Centralne miejsce zajmował okrągły stół, a ustawione wokół niego krzesła z czarnego dębu pozostawiały jedynie wąskie przejścia wzdłuż ścian. Dwa niewielkie, złocone stoliki w rogach pomieszczenia dopełniały całego wyposażenia. Żadnych zbędnych rzeczy. Żadnych elementów rozpraszających uwagę. Nawet szum klimatyzacji przypominał delikatny dźwięk wiatru.

Franczesko dotknął kamiennego koła pośrodku stołu i czarny marmur obrócił się bezgłośnie ponad idealnie gładkim obrusem. Uśmiechnął się nieznacznie — wszystko było gotowe, jak zawsze w tym miejscu.

Schował niewielkie lusterko do wewnętrznej kieszeni. Narkotyk jeszcze nie zaczął działać, ale tak właśnie miało być. Dawka była precyzyjnie wyliczona, by efekt pojawił się dokładnie w chwili, gdy będzie potrzebny. Spotkanie miało być krótkie, więc nie mógł pozwolić sobie na żaden błąd.

Doprowadzenie do tej chwili zajęło mu ponad rok. Dziś mieli się spotkać, by wreszcie powiedzieć to, czego nie można było napisać w mailach.

Najpierw jednak gracze musieli pojawić się na miejscu.

Drzwi otworzyły się, a do środka wszedł pierwszy z Europejczyków, niosąc w ręku czarną teczkę. Był wysoki, elegancki, jego kroki odmierzały przestrzeń jak metronom. Tuż za nim podążał partner — o włos za szybko, jakby chciał mu dorównać tempem, ale brakowało mu pewności.

Gdy przystanęli przy stole, lśniące białe koszule wyłapały światło lamp i Franczesko zauważył na karku jednego z nich drobną kroplę potu. Uśmiechnął się ledwo dostrzegalnie. Wiedział już, który z nich pęknie pierwszy.

Nie wskazywał im miejsc, pozwolił, by wybrali sami.

Układ pomieszczenia nie był jednak przypadkowy i Franczesko wiedział doskonale, które miejsca wybiorą. Dwa po jego prawej stronie.

Nie zawiedli.

Chińczyk wszedł cicho, prawie niezauważalnie.

Ubrany w ciemny, jedwabny garnitur, wyglądał bardziej jak profesor niż człowiek, który przejął pół tuzina firm w ciągu ostatnich dwóch lat. Na palcu nosił jedyny biżuteryjny akcent — masywny sygnet z jadeitu, na którym światło lampy rozszczepiało się jak na wodzie.

Franczesko zauważył, że jego dłoń spoczywa na stole dłużej niż powinna, zanim wreszcie usiadł.

To było zagranie na czas.

Nikt z zebranych nie miał mieć komfortu.

Stół wyglądał na ustawiony perfekcyjnie symetrycznie, tyle tylko, że nie był. Siedzący naprzeciw drzwi Franczesko był minimalnie przesunięty w lewo. Po stronie Bo Rena zostawiono przestrzeń na dodatkowe krzesło, jakby ktoś jeszcze miał do nich dołączyć. W rezultacie jego połowa stołu była wyraźnie większa, przestronniejsza, podczas gdy Europejczycy siedzieli blisko siebie, niemal ramieniem w ramię.

Do sali wszedł kelner, niosąc na srebrnej tacy zestaw napojów.

Franczesko sam ustalał ich wybór, tak jak wszystko inne w tej sali. Każdy z uczestników miał dostać dokładnie to, co powinien — nie tylko ze względu na gust, ale i na rolę, jaką odgrywał przy stole.

Przed Bo Renem wylądowała mała czarka z zieloną herbatą, bez ucha, bez łyżeczki — idealnie dopasowana do jego rytuałów.

Przed Étienne’em Moreau — wysoki kieliszek ciężkiego czerwonego wina, mającego dodać mu pewności.

Franczesko otrzymał porcelanową filiżankę espresso i maleńki kieliszek białego kokosowego likieru na tym samym spodeczku — jego znak rozpoznawczy, przewidziany na później.

Przed Hansem stanęła przezroczysta szklanka wody, prosta, z pojedynczą kostką lodu.

Dopiero kiedy kelner odsuwał tacę, Franczesko to zauważył.

Pomiędzy nim a Bo Renem, na czarnym marmurze, wylądował biały tygrys origami. Niemal centralnie, ale lekko przesunięty w stronę pustego miejsca przy stole. Żaden detal nie był przypadkowy.

Tego jednak nie zamawiał.

Uniósł wzrok lekko marszcząc brew, kelner nie zdradził jednak nawet cieniem mimiki, skąd pochodził papierowy symbol.

Kiedy drzwi zamknęły się za jego plecami, w sali znów zrobiło się cicho.

– Dziękuję, że jesteście – Franczesko zaczął spokojnie, ale bez cienia uprzejmości w głosie. – Za nami długie miesiące pracy. Wiem, że to, co ustaliliśmy dotąd, satysfakcjonuje wszystkich. Teraz zostało tylko jedno: cena.

Zawiesił głos, dał obu stronom chwilę na reakcję.

Bo Ren przesunął opuszkami palców po krawędzi stołu, okrężnym, powolnym ruchem, jakby badał fakturę obrusu. Spojrzał na Franczesko, ale nie odezwał się.

W tej ciszy wszystko wydawało się głośniejsze — tykanie zegarka, kroki kelnera na korytarzu, nawet oddech Europejczyków.

Starszy z Europejczyków poprawił mankiet białej koszuli, jakby potrzebował chwili, żeby zebrać myśli. Oparł łokcie o stół, choć zwykle tego nie robił — drobny gest, który Franczesko natychmiast wychwycił.

– Czas działa przeciwko nam – powiedział spokojnie, ale w jego głosie było słychać napięcie. – Rynek reaguje na plotki szybciej, niż jesteśmy w stanie je kontrolować. Potrzebujemy decyzji. Dziś. Teraz.

Bo Ren ani drgnął. Trzymał dłonie na stole, splecione lekko, jakby nawet nie usłyszał tych słów.

Franczesko przerzucił wzrok między nimi, czekając, aż ktoś złamie ciszę.

Chińczyk sięgnął po czarkę herbaty, trzymał ją chwilę w dłoni, jakby ważył jej ciężar.

Dopiero po kilku sekundach upił mały łyk, odłożył ją na spodek i przesunął opuszkami palców po lśniącej powierzchni obrotowego kamiennego kręgu na środku stołu.

– Czas – powiedział w końcu miękkim głosem – działa tylko przeciwko tym, którzy nie są gotowi.

Uniósł wzrok na starszego Europejczyka i zatrzymał go tam o ułamek sekundy za długo.

– My jesteśmy gotowi.

Nie powiedział nic więcej. Ani ceny, ani warunków.

Tylko te dwa zdania, które mogły znaczyć wszystko — i nic.

Franczesko przesunął wzrok po stole, niby od niechcenia. Jego palce dotknęły krawędzi filiżanki, ale myślami był gdzie indziej.

Tygrys origami stał na białym talerzyku, wpatrując się w puste miejsce.

Wyglądał jak coś więcej niż ozdoba.

Spróbował sobie przypomnieć, co wie o tym zwierzęciu. W chińskiej symbolice tygrys albinos nie był symbolem władzy. Był uważany za obrońcę, strażnika przed demonami, ale także zwiastuna wielkich konfliktów.

Spojrzał na Chińczyka, ale ten nie patrzył na niego.

Étienne Moreau, siedzący najbliżej drzwi, pogładził nóżkę swojego kieliszka.

Ruch był powolny, kontrolowany, ale zdradzał napięcie.

Przez chwilę wydawało się, że rozważa, czy nie upić z niego pierwszego łyka.

Powstrzymał się jednak, kierując słowa w stronę Chińczyka:

– Monsieur Bo Ren – zaczął miękko, ale w jego głosie była ledwo tłumiona irytacja. – Trzy miesiące negocjacji… setki wiadomości… dziesiątki poprawek… mon Dieu… A my wciąż nie wiemy, czy to „tak”, czy „nie”.

Chińczyk podniósł czarkę z herbatą, upił mały łyk i odstawił ją na miejsce, nie odpowiadając ani słowem.

Po słowach Étienne w sali zapadła cisza.

Nie taka zwyczajna, lecz ciężka, pełna gęstości, jakby powietrze zrobiło się o kilka stopni chłodniejsze.

Franczesko spojrzał na białego tygrysa origami stojącego samotnie na środku stołu.

Cisza przeciągała się.

Każda sekunda trwała ułamek za długo.

Étienne poruszył się niespokojnie na krześle, przesuwając palcem po krawędzi kieliszka, ale Hans nawet nie drgnął.

Siedział wyprostowany, z dłońmi złożonymi na kolanach, patrząc prosto na Bo Rena, jakby celowo chciał wytrzymać go spojrzeniem.

– To moja oferta – powiedział Bo Ren cicho.

Niewielka, starannie złożona kartka nagle znalazła się w jego dłoni, jakby była tam od zawsze.

Położył ją na obrotowym kamiennym kręgu.

Nie obrócił marmuru.

Nikt inny też się nie poruszył.

Hans spojrzał pytająco na Franczesko.

Wystarczyło jedno, ledwie zauważalne skinienie głowy.

Niemiec powoli obrócił czarny krąg.

Kiedy kartka zatrzymała się naprzeciwko niego, podniósł ją i bezgłośnie przeczytał.

Franczesko nie patrzył jednak na Hansa.

Jego spojrzenie spoczywało na białym tygrysie, który teraz stał dokładnie przed Étienne’em.

c.d.n.

Białe origami cz. 2